czwartek, 31 lipca 2014

O szczęściu i uzależnieniach

A gdyby tak zadać sobie pytanie: po co?

Po co człowiek się stara, dopasowuje do społeczeństwa, edukuje, pracuje nad sobą? Odpowiedzi mogą być różne - aby coś osiągnąć, zdobyć pracę, majątek, założyć rodzinę, utrzymać zdrowie. A w tym wszystkim tak naprawdę chodzi o ... Szczęście. Takie zwykłe ludzkie szczęście, stan, w którym jesteśmy w pełni obecni, tu i teraz, kiedy czujemy, że żyjemy. Pisałam już o tym stanie przy okazji motywacji. Tymi słowami można było opisać stan, w którym przebywamy, kiedy naprawdę robimy to co kochamy. Tak więc pełnia szczęścia - ważna sprawa, warto się o nią starać ;)

Ale jak ją osiągnąć?

Są dwie drogi - nazwę je: "zewnętrzna" i "wewnętrzna".

"Zewnętrzna" to zdobywanie, rozszerzanie stanu posiadania (rzeczy i ludzi), rozszerzanie wiedzy, wachlarzu umiejętności, odwiedzonych miejsc, przeczytanych książek, odbytych kursów. Rozwijamy się wszerz.

Droga "wewnętrzna" to poznawanie siebie. Po prostu. Wiele osób może odpowiedzieć: "ale przecież ja znam siebie. Wiem, jak się nazywam, jakie mam wykształcenie, posadę, status rodzinny i majątkowy, znam swoje cechy charakteru i nawet IQ". Tak, ale można wtedy zapytać: "czy masz prawdziwy kontakt ze sobą? Czy potrafisz być tylko ze sobą, bez rozmów z innymi, bez telewizji, muzyki, książki. I czy czujesz się wtedy dobrze? Czy może też szukasz jakiejkolwiek przykrywki, żeby tylko nie skontaktować się ze sobą. Lepiej robić cokolwiek, z kimkolwiek rozmawiać, rozmyślać o czymkolwiek innym, tylko nie o tym, przed czym mnie życie właśnie stawia, co mam do załatwienia ze sobą, względem czego mam zmienić postawę, żeby iść dalej. Bo jeśli tej postawy nie zmienię, to ugrzęznę. Zostanę w tym, co jest, życie będzie starało się na mnie wymusić zmianę postawy, stawiając mnie przed tym samym problemem, tylko coraz wyraźniej. Problem będzie rósł, aby mnie zmusić do działania, a konsekwencje nie podejmowania tego działania będą coraz poważniejsze. Aż w skrajnym przypadku, jeśli nic z tym nie zrobię, problem mnie zniszczy.

Można by porównać drogę "zewnętrzną" do ubierania ciężko, wręcz śmiertelnie i przewlekle chorego człowieka, w coraz to ładniejsze i droższe ubrania - żeby ładniej wyglądał, wysyłania go na koncerty gwiazd światowej sławy, na wystawy malarstwa, na wycieczki zagraniczne (w zależności od tego, co lubi) - żeby się lepiej poczuł. Przecież ładne ubrania i zwiedzanie dalekich krajów to jest coś, co poprawia samopoczucie, prawda? Ale czy leczy tego człowieka? Co będzie, gdy ten proces kupowania ubrań i zwiedzania dalekich krajów się skończy? Czy ten człowiek będzie się lepiej czuł? Mimo, że w trakcie kupowania i zwiedzania doznał sporej dozy "kupionej" przyjemności, czy jednak było to właściwe? Czy ta poprawa samopoczucia została na dłużej? Nie, uleciała w mgnieniu oka. Co więcej, tą przyjemność ten człowiek "kupił" "sprzedając" swój czas. On ją kupił za swój czas. Teraz już jest za późno na leczenie. Ten człowiek, nie dość, że w tym czasie zamiast się zająć sednem swojego problemu, swojego złego samopoczucia, to kupował. I dzięki temu, czuł się lepiej, tak więc motywacja do pracy w kierunku zdrowienia była słabsza. Ten człowiek zaprzepaścił swoją szansę daną od życia, idąc drogą zewnętrzną.

Droga "wewnętrzna", bazując na tym samym porównaniu, to po prostu stwierdzenie faktu: "tak, jestem chory, postanawiam coś z tym zrobić, chcę wyzdrowieć, ale żeby to osiągnąć, muszę podjąć duży wysiłek. Najpierw poznać swoją chorobę, zaakceptować ją i siebie przy okazji, potem podjąć leczenie". To boli. Boli zarówno sam proces leczenia, a nawet bardziej bolą wyobrażenia o nim, lęk przed nim. Boli też wyjście ze strefy komfortu, zostawienie tego przytulnego, wygodnego i polegającego w dużej mierze na szukaniu przyjemności życia na rzecz zmagań z samym sobą, zmagań z chorobą, która też ma nas czegoś nauczyć. Tyle że w tym wszystkim jest dla nas taki prezent, którego nie możemy sobie nawet wyobrazić, dopóki go już nie będziemy mieli - NASZA MOC. Wewnętrzna siła, która jest w każdym z nas, ale dopóki nie bierzemy odpowiedzialności za własne życie, dopóki dajemy się nieść nurtowi wydarzeń i postępujemy "jak wszyscy", "bo tak wypada", "a co ludzie powiedzą", to nie mamy pojęcia nawet, czym to pachnie.

Która z tych dróg pozwala osiągnąć szczęście? Odpowiedź pozostawiam czytelnikowi.

Droga wewnętrzna prowadzi do odpowiedzi na pytanie: "kim jestem?", czy nawet, jak się czasem spotyka: "czym jestem?". Kiedy wiemy, czym jesteśmy, wtedy dopiero możemy poznawać świat, mieć kontakt ze światem i z własnym życiem. Wtedy dopiero żyjemy, świat staje się prawdziwie trójwymiarowy.

Zacytuję: "Zajebioza!" ;)

wtorek, 13 maja 2014

Znów zmiany

Tym razem fragment czegoś większego. 



Aby dokonywać zmian (wszelkiego typu zmian – w pracy, w nawykach, w życiu), niezbędna jest akceptacja tego, że zmiana oznacza pewnego rodzaju śmierć, koniec czegoś. Nazywa się to czasem „małe śmierci”, których każdy z nas jakąś ilość swoim życiu przeżywa. Aby coś nowego powstało, to coś starego musi umrzeć, aby zrobić miejsce nowemu. Najbardziej w momencie zmiany boimy się tej pustki, która powstaje, gdy stare już umarło, a nowe się jeszcze nie narodziło. Wydaje nam się, że świat się skończy. Wtedy mamy niepowtarzalną okazję, żeby dotknąć siebie, takimi, jakimi naprawdę jesteśmy, bez zasłaniania się strukturami, sprawami, przez których pryzmat określamy swoją tożsamość. To dotknięcie czasem boli. Dlatego tak tego pragniemy uniknąć, dlatego na siłę dążymy do utrzymania starych struktur, tak nam dobrze znanych. 

I tutaj mamy trzy rzeczy do zrobienia:
Po pierwsze zaakceptować, że się tej zmiany trochę boimy, że jest to naturalne, ludzkie. Nasza gadzia część mózgu nie chce zmian, bo to oznacza zmianę środowiska i konieczność ponownego przystosowywania się, co łączy się z wysiłkiem i oczywiście z ryzykiem. Więc po co?

Po drugie pozwolić sobie przeżyć ten lęk, nie odrzucać tej emocji, nie udawać, że go nie ma. Bo wtedy ten lęk jest coraz większy. Po prostu powiedzieć sobie: „trochę się boję, ale jeszcze nikt od tego nie umarł”. I po prostu przeżyć, co jest do przeżycia, wytrzymać to.

Po trzecie, jeśli nasze poczucie bezpieczeństwa, tożsamości bazuje na rzeczach zewnętrznych, osobnych od nas, na które nie mamy wpływu, to zawsze będzie ono narażone na niekończące się kryzysy, gdyż świat się zmienia, a wraz z nią rzeczy zewnętrzne, nic nie pozostaje takie samo. A my nasze (złudne) poczucie bezpieczeństwa próbujemy zbudować właśnie na rzeczach zewnętrznych. Dopiero gdy kierujemy się ku sobie, ku własnym, danym nam od początku i niezależnym od świata zewnętrznego, zasobom, wtedy możemy odzyskać pełnię swojego potencjału, pełnię szczęścia.

piątek, 18 kwietnia 2014

Najważniejsze jest poza słowami

Skoro najważniejsze jest poza słowami to po co pisać? ;)
No ale jednak czasem warto :)

Wróciłam.

Bezpośrednią przyczyną był sen, który mnie obudził i  już nie zasnęłam dalej. Tak więcej jestem.
Mniej bezpośrednią przyczyną było spostrzeżenie, że żeby każdy dzień był jeszcze piękniejszy, pełen energii i prawdziwy, to trzeba go zaczynać od robienia czegoś z pasją (nie ma to jak pójść na dobre warsztaty, wtedy można się pożytecznych rzeczy dowiedzieć). Na początek dnia przez dwie godziny robić coś, co jest pasją, prawdziwą przyjemnością. Tak więc jestem. I piszę. Na początku musiałam sobie przypomnieć, jak się tutaj zalogować, ale potem już poszło gładko.

I dziś o potencjale osobistym.

Co to jest? Nie wiem :)
Ale wiem, że to jest coś tak pięknego, że gdy wejdzie się z tym w kontakt, to aż zapiera dech w piersiach.
Jak do tego dotrzeć?
Więcej odwagi. I "nie musisz się tak starać" :) I przyjąć go, "wciągnąć", nie odrzucać. Zajmować się swobodnie tym, co jest naprawdę dla nas ważne, co kochamy i co chcemy robić, a nie zajmować się usuwaniem fikcyjnych przeszkód stojących na drodze do tego potencjału, do życia życia naprawdę.
Zacząć od rzeczy najważniejszych.
Wtedy wszystko samo popłynie.... :)

niedziela, 20 października 2013

Zmiany

Czy zawsze to, co przychodzi intuicyjnie, w pierwszym odruchu, poniekąd "samo" -  jest najlepsze.

O tym miałam napisać w poprzednim wpisie, ale piszę tutaj.

Każdy z nas ma jakieś obszary życia, w których czuje się dobrze, w których "samo mu wszystko wychodzi", w których łatwo osiąga sukces. I takie, w których ciągle coś kuleje, w których cały czas trzeba się mocno "nakombinować", żeby cokolwiek wychodziło, albo w których po prostu panuje martwa cisza.

I co? Wszyscy wiemy, że tak jest. I co z tego?
Wiemy też, że z tymi obszarami, w których nam nie idzie, musimy więcej pracować, bardziej się starać. I co? Staramy się, wkładamy dużo energii w coś, co i tak potem nie wychodzi? Czyli jaki wniosek? Że musimy się jeszcze bardziej starać :) I jeszcze więcej się staramy, jeszcze więcej energii na to idzie. I jeszcze gorzej. Na dodatek zaczyna się tworzyć niezdrowa presja, "ciśnienie", że coś tam chcemy na rzeczywistości wymusić, a ona nie chce się "na to zgodzić". Gdzie popełniamy błąd? Przecież wielu ludziom przychodzi to o wiele łatwiej niż nam, a wcale nie są on nas "lepsi, mądrzejsi czy ładniejsi :P )

Przyszła mi do głowy analogia do sytuacji, w której gdzieś bardzo chcemy dojść, tylko poszliśmy złą drogą, w złym kierunku. A im bardziej chcemy tam dojść, tym szybciej idziemy - tyle że w złym kierunku. Nigdy tego celu nie osiągnęliśmy wcześniej, ale skąś tam wcześniej się dowiedzieliśmy, że ta nasza "zła droga" doprowadzi nas do naszego celu, więc idziemy - im bardziej chcemy tam dotrzeć, tym więcej energii wkładamy w przemieszczanie się w złym kierunku. Właśnie - "kiedyś się dowiedzieliśmy", że ta droga ma nas doprowadzić do celu - mimo, że w rzeczywistości jest inaczej. Ale nie weryfikujemy tego przekonania, nie szukamy nowych dróg - tylko cały czas idziemy starą drogą, "naszą" drogą.

Niezbyt rozsądne, prawda?

Każdy rozsądny człowiek postąpił by inaczej.
Ale nie postępuje. Bo właśnie nasze przekonania, nasze nawyki myślowe są tak potężną machiną powstrzymującą nas przed zmianami, przed rozwojem, że trzeba wykonać naprawdę dużą pracę nad sobą, aby dostrzec, że idziemy w niewłaściwym kierunku, a następnie naprawdę zmienić ten kierunek.

Jak tego dokonać?
O ile jeszcze stosunkowo łatwo jest się zorientować, że coś tu nie gra, że nasze historie zazwyczaj kończą się w podobny sposób - i wcale nie jest to "wina", że spotykamy w "podobnych" ludzi, czy wchodzimy w "podobne" sytuacje. Jest to "wina" tego, że my w różnych pozornie sytuacjach postępujemy w podobny sposób i w rezultacie sprowadzamy je wszystkie do wspólnego mianownika.

Ok, już skracam :)

Podsumowując:
  1. Obserwacja, które obszary życia "są do poprawy"
  2. Znalezienie rozwiązania typu - powinienem/powinnam postępować tak i tak, nie robić tego i tego...
  3. Najważniejsza sprawa - w szczegółach siedzi diabeł : w każdym momencie być uważnym na siebie, na to co czujemy i robimy i zauważać, kiedy tracimy świadomą ocenę sytuacji, kiedy tracimy swoją obecność tu i teraz i kiedy zaczynają władzę przejmować odruchy, przyzwyczajenia, stare nawyki i przekonania. Wg mnie jest to najtrudniejszy moment: umieć wyłapać ten nurt przyzwyczajeń, skłonności w myśleniu i działaniu, który jest dla nas destrukcyjny i po prostu nie robić tego, co nam w tym momencie podpowiadają te przyzwyczajenia, tendencje. Najlepszą metodą jest zrobienie czegoś naprawdę przeciwnego.



A jednak

A jednak znów jestem. Zastanawiam się, czy ktoś tu jeszcze czasem zagląda, bo mnie tu nie było ładny kawał czasu.

Co sprawiło, że znów jestem?
Po pierwsze - mam dużo niezbyt interesującej pracy do wykonania na jutro - więc wszystko lepsze, niż sprawdzanie jakiś tabelek.
Po drugie - po kilkuletniej przerwie obejrzałam kilka odcinków Stargate Atlantis - a to działa inspirująco.
Po trzecie - przez 2 ostatnie dni miałam trochę czasu dla siebie, nie musiałam się zajmować tylko "obsługą rzeczywistości" :) - poniekąd jest to całkiem ciekawe, ale czasem warto zrobić coś innego.
Po czwarte i najważniejsze - bez pewnego typu "twórczości" życie zaczęło lekko tracić swoją "magię", jakby coś powoli umykało, gdzieś przestałam słuchać, co świat mi ma do powiedzenia, zajmowałam się tylko tą "wierzchnią" warstwą, poniekąd bardzo istotną, ale nie jedyną.

A więc.
Na dziś dwa tematy:
  1. Co sprawia, że nam się udaje coś naprawdę dobrze zrobić - w sensie zawodowym
  2. Czy zawsze to, co przychodzi intuicyjnie, w pierwszym odruchu, poniekąd "samo" -  jest najlepsze.
Ad 1.
Co zauważyłam - że najfajniej wszystko wychodzi, jak się ma z tego zabawę, tzw. "fun" ;) Niby oczywiste, ale łatwo to zgubić w natłoku "ważnych", a raczej pilnych rzeczy do załatwienia. Pochłonięci kolejnymi kombinacjami związanymi z tymi sprawami, zapominamy czasem, po co to wszystko robimy. Temat poniekąd pokrewny z "pogadankami" dla menadżerów na temat motywacji pracowników - co motywuje ludzi? I okazuje się, że wcale nie pieniądze.

Jeśli coś robimy dla samej przyjemności robienia czegoś, to tylko wtedy jesteśmy faktycznie na tym skupieni, wtedy prawie "samo" się robi, jesteśmy o wiele efektywniejsi, niż wtedy, gdy tylko patrzymy na zegarek, "kiedy koniec" (przypomniało mi się: na zajęciach: "czy są jakieś pytania?" - "ile do dzwonka"?)  To się w różnych dziedzinach nazywa "stan koherencji", "flow", "tu i teraz". I mówi się już całkiem poważnie o tym, że to tak naprawdę jest jedyny i najbardziej dla nas korzystny stan "do życia", stan, w którym możemy coś twórczego zrobić, stan, w którym naprawdę czujemy, że żyjemy, w którym nie ma problemów, niepokojów, lęków. Dlaczego? Bo tych lęków i problemów tak naprawdę nie ma, nie ma ich "tu i teraz", są tylko w naszej głowie, kiedy te "tu i teraz" opuszczamy. A opuszczamy je niestety bardzo często.

A jak się to ma do różnych ciekawych rzeczy, które robimy w szkole, pracy, czy gdziekolwiek?
Jeśli nasza motywacja do działania jest zewnętrzna, tzn. pochodzi z myśli, przekonań, które sami produkujemy, albo zostały nam włożone do głowy przez otoczenie (dla przykładu: ucz się, bo dostaniesz stypendium, dobrą pracę, itp.), wtedy aby tą motywację utrzymać, musimy te myśli, przekonania, cały czas produkować, czyli myśleć, utrzymywać "dialog wewnętrzny". A właśnie ten dialog wewnętrzny, ten natłok niepotrzebnych myśli, odciąga nas od "tu i teraz", od tego, co naprawdę jest w danej chwili. I wtedy nie możemy naprawdę efektywnie działać. Nie jesteśmy wtedy tu i teraz, jesteśmy we własnej głowie.

Proste - naprawdę udaje nam się coś wartościowego, nowego, twórczego zrobić, gdy pozwolimy sobie na działanie nie skrępowane ciągłym dialogiem wewnętrznym.

Ad 2.
W kolejnym poście ;)

czwartek, 20 czerwca 2013

Znów o edukacji

Tym razem krótko i na dodatek postaram się na temat i bez dygresji ;P

Jaka powinna być edukacja. A ściślej - co się sprawdziło i po części dlaczego się sprawdziło.

(bardzo będę uogólniać, chodzi bardziej o przekazanie idei, koncepcji, niż o dokładne omawiane)

  1. Nauczyciel powinien być "wspomagaczem", czasem "dowódcą" i bardziej opiekunem, niż kimś, kto wykazuje dużą aktywność. Przychodzi mi skojarzenie do matki, która raczej dogląda tego, co dzieci robią, i tylko czasem, gdy wymaga tego sytuacja, przejmuje dowodzenie. A jeśli wszystko jest bezpieczne i sprzyjające dziecku, wtedy matka tylko czuwa nad tym, co te dziecko robi, pozwalając mu być jak najbardziej samodzielnym. 
  2. Szkoła tworzy przestrzeń do rozwoju - niby oklepane :P Przyszło mi kiedyś do głowy coś takiego - że po co stwarzać w szkole jakieś sztuczne sytuacje, reguły, zadania, zagadki, skoro życie samo w sobie niesie tyle wyzwań. A szkoła w ogóle nie przygotowuje do radzenia sobie z tymi wyzwaniami. Znów oklepane, ale szkoła powinna być szkołą życia. To, z czym sobie dzieci i młodzież nie radzi, to jest głównie ich własne myśli i emocje, ich przeżycia, można powiedzieć, ich "człowieczeństwo".  Cała wiedza, informacje, są dostępne w internecie.
  3. Nauczyciel powinien być pasjonatem. Inaczej nie jest w stanie pokazać tej frajdy, która może wynikać z zajmowania się tym, czego ten nauczyciel uczy i z samego procesu uczenia.
  4. Nauka w niewielkich, zróżnicowanych wiekowo grupach.
  5. Praca metodą problemową - w skrócie: masz zagadnienie i się nad nim męcz, a jak się już namęczysz, to dam ci wskazówki, jak dojść do rozwiązania, ale i tak ci oczywiście tego rozwiązania nie podam.
  6. Nauczyciel nie odpowiada na pytania. Gdy uczeń pyta, jak coś zrobić, nauczyciel odpowiada tylko poszlakowo, tak długo zadaje pytania pomocnicze, aż uczeń sam sobie odpowie na swoje ptanie.

Rozwój

Fajnie jest czasem spojrzeć do tyłu. Z pustym umysłem popatrzeć na to, co jest, popatrzeć też na siebie, na to, jacy jesteśmy teraz. I przede wszystkim na to, jaką drogę przeszliśmy.
To pomaga. Pomaga iść dalej, pozwala docenić siebie.
Dziś zrobiłam taki szybki rzut oka do tyłu.
Wow!  :) I najfajniejszy w tym wszystkim jest fakt, że to, co jest teraz, pasuje jak idealnie dopasowane ubranie, wręcz można się w to "wtulić,  czy raczej wbić ;P jak w stare kapcie". I jednocześnie pozostaje się panią sytuacji, w tym sensie, że widzi się następstwa różnych zachowań i świadomie się podejmuje te zachowania lub też nie./
Żeby ta moja pisanina miała jakiś sens dla potencjalnych "czytaczy", wypadałoby, żebym zapostulowała jakieś wnioski z niej płynące.
Tak więc z dzisiejszych "błysków":
Po pierwsze, ta  możliwość "efektywnego" spojrzenia w tył, z taką pełną świadomością, nastąpiła dopiero po dość długim czasie pełnego zaangażowania w to, co w danej chwili się dzieje, w te "tu i teraz". Czasem brak refleksji mnie aż przerażał, ale widocznie wszystko ma swój właściwy czas i swoje właściwe miejsce. To tak, jakbyśmy na chwilę się wynurzyli z wody, spojrzeli, ile już przepłynęliśmy, i dalej zaczęli płynąć.
Po drugie - takie spojrzenie w tył, i porównanie obecnego stanu ze stanem poprzednim daje niesamowitą możliwość docenienia. O docenieniu już co nieco kiedyś pisałam. Fakt, życie daje nam niesamowitą ilość możliwości. Trzeba je tylko umieć wykorzystać. A jak to zrobić - cały czas iść za tym, co nas naprawdę fascynuje. Iść za swoją pasją, za tym, co czujemy wewnętrznie, że jest prawdziwe i potrzebne. I nie bać się.
I nie kontrolować wszystkiego.
Dać sobie trochę luzy, cieszyć się z robienia, z bycia, a nie działać tylko w oczekiwaniu rezultatów.
Ostatnio usłyszałam takie słowa pewnego mistrza Zen:
"Człowiek nie jest w stanie wszystkiego zrobić sam. Pewne rzeczy świat musi zrobić za nas".
Po prostu zaufać.